Posted by: proday on: 19/02/2009
Oto, o czym dyskutowano dzisiaj w mojej pracy:
Posiadacze kapitału będą stymulować popyt klasy robotniczej na
coraz większą ilość towarów, mieszkań i wytworów techniki.
Jednocześnie będą udzielać coraz więcej coraz droższych kredytów
na zakup tych dóbr, aż rzeczone kredyty nie będą mogły być
spłacane. Niespłacane kredyty doprowadzą do bankructwa banków,
które z kolei zostaną znacjonalizowane. To w rezultacie doprowadzi
do powstania komunizmu.
Karol Marks, rok 1867
Posted by: proday on: 08/02/2009
Może taki los tego bloga, że może przyjąć wszystko. Że sobie o nim przypominam, gdy dzieje się źle. Powinnam się cieszyć, bo biorąc pod uwagę częstotliwość moich wpisów, całkiem u mnie dobrze. Dzisiejszy dzień jednak, nie należał do najlepszych. Nie należał do najlepszych w taki stopniu, że nie potrafię go nawet opisać. Ale gdy dzieją się rzeczy niedobre, tracę wiarę we wszystko. Zaprzeczam wszystkiemu. Deprecjonuję generalnie. Wracam do tego, co było. Bezpieczeństwa. Bo skoro to, co przeżyłam mnie nie zabiło, możliwe, że wcale nie było takie złe. Czuję się biedna. Skopana. Sama. Niekochana. Biedna, biedna, biedna. Filip mi powiedział, żebym się brała w garść. Że przeszła już moda na depresję. A ja chcę się zamknąć w sobie, nie iść do pracy, zapomnieć o mojej rodzinie, nie myśleć. Ssać kciuka, jak kiedyś i się po prostu wyłączyć. Nie słuchać o obcych kłopotach. Nie mieć świadomości, że w niektórych sypialniach moje łóżko zastępują dmuchane materace. Że chodzi się prać do sąsiada. Że się zaczyna z zupełnie innego miejsca, aniżeli zaczynam ja.
Ale w gruncie rzeczy – co z tego?
Miałam dzisiaj myśli samobójcze. Czuję się z nimi jak idiotka. Nie chcę umierać, ale czasami mam tak bardzo wszystkiego dość. Nie akceptuję samej siebie, jak zatem mogłabym spodziewać się tego po otoczeniu? Znowu świruję. Jak upośledzona. Mam ponad 2 lata psychoterapii za sobą, a czasami czuję, jakbym nie wykonała żadnego wysiłku na rzecz własnej stabilizacji emocjonalnej. Może chodzi o to, że te sprawy, które dokuczają mi najbardziej, wymagają większego nakładu czasu. Chyba nigdy nie otworzę się na to, co koło mnie. Nie zaufam. He, nie umiem zaufać samej sobie. Niszczę ludzi, odpycham. Kurwa mać, nienawidzę tego. Nienawidzę stanu, w jakim się teraz znajduję. Nienawidzę mojej przeszłości. Już nienawidzę przyszłości. Modlę się do Boga. Ostatnio coraz częściej. Ale nawet nie wiem, o co Go prosić. W tym całym rozgardiaszu, potrafię tylko dziękować.
Dziękuję za to, że jestem zdrowa, ładna, że mam na chleb. Dziękuję za szanse i nadzieje. Za dobre chwile, za szczęście. Za Filipa, Kacpra, Suma. Za moją babcię – za to, że został ktoś, kto kocha mnie bezgranicznie. Za to, że mama żyła na tyle długo, abym zapamiętała jej śmiech.
Wierzcie bądź nie, ale pamiętam najlepiej to, jak się śmieje. I jak woła do mnie: Myszko. Dzisiaj mija 15 rocznica śmierci. Nie wiem, czy ona by się połapała w tym naszym barłogu rodzinnym. Staram się wierzyć, że na to wszystko patrzy z dystansem, że widzi w nas to, co dobre. Że trzyma kciuki, a nawet steruje. Że kocha nas wszystkich nawet mocniej, niż kocha moja babcia.
Kobieta potrafi kochać zdecydowanie mocniej odczuwalnie dla otoczenia. Miłość z niej przemawia, wypływa. Miłość to prawie jak jej wewnętrzne ja, albo jak cecha charakteru. Mężczyźni chyba tego nie mają. Mają pomocną dłoń i może pamięć czasami. Dobre myśli. A ja mam myśli złe.
Może dziecko to jest mój ratunek. A może śmierć. A może sukces zawodowy. A może mały sukces prywatny. Czekam na swojego księcia z bajki – zadowolenie z samej siebie i akceptacje, która nie sprowadza się do nowego lakieru na paznokciach.
Kocham to, czego już dawno nie ma. Zupełnie jakbym całe swoje życie zatrzymała 15 lat temu. Na pomoc.
Posted by: proday on: 28/01/2009
Po pięciogodzinnej podróży przy muzyce Stachurskiego, czuję się jak upośledzona. Pracownicy cieszyli się, że wracają do domu, jeden – uderzając dłońmi o kokpit, drugi – wciskając pedał gazu do dechy. Ja myślałam tylko o Sumie. O kimś nowym, nie do końca poznanym, niepewnym. Ważnym.
Pomyślałam, że Oni mają coś trwałego. Z pewnością nie do końca tak kolorowego, jakby się z boku wydawać mogło, ale jednak zaprzysiężonego, normalnego, ułożonego w normalnym trybie i normalnym timingu.
Pomyślałam, że mnie to nigdy nie spotka. Że nie może przytrafić mi się rzecz normalna. Zawsze będę półsierotą, zawsze będzie moja macocha, moja macocha zawsze będzie niewykształcona, zawsze będzie miała pazerne córki, grające pierwsze skrzypce w rodzinie. Zawsze to One będą miały mamę, której mi zabrakło.
Moje związki zawsze będą toksyczne, albo przeze mnie niedoceniane. Gdy dzieje się Sum, jak szukam powodów do złego. Pomyślałam, że zawsze będę kochanką, kimś drugim, słabszym, brzydszym, gorszym, kimś po kimś. Przypomniałam sobie Jej zdjęcia. Pomyślałam, że wyglądam dziwnie, niepewnie, że to, co mam jest kompletnie niewidoczne. Że nie umiem siebie pokazać, a może nawet – być sobą i lubić to. Że może lepiej mieć małżeństwo i je rozwalić, aniżeli nie mieć go w ogóle. Że Ona jest lepsza. A ja…
A ja cicha. Słaba. Widziana tylko własnymi oczami.
Wypomniałam sobie różne wpadki. Popłakałam się jakby pod wpływem tej strasznie głupiej muzyki, płynącej z samochodowego odtwarzacza sidi.
Kupiłam na stacji wódkę. Miał być samotny wieczór. Oddzwoniłam do Suma. Zaprosił mnie pierwszy raz do siebie. Głaskał po głowie, zaprzeczał. Oczami układał mnie zupełnie tak, jak robi to matka wobec własnego dziecka. Czułam się zmieszana. Mogłam czuć się bezbronna.
Psychoterapeuta zrugałby mnie za porównanie Suma do matki. Więc teraz sama siebie rugam. Chcę żeby się wreszcie ułożyło. Chcę się obudzić i nie mieć w perspektywie remontu własnego życia. Chcę się budzić przy Sumie, i jestem zła na siebie, że tego chcę.
Matko, jaka jestem głupia i popaprana. Jaka jestem emocjonalnie upośledzona. Boli mnie, że mi dobrze. Boli, że sobie wmawiam, że na to nie zasłużyłam. Śmieję się z tego, bo jeszcze rok temu myślałam, że Kacper to moja jedyna szansa. A okazał się losem symulacją, a nie losem, który wygrywa.
Nie umiem się odważyć. Bo pewnie znowu coś spieprzę. Drżę nad zderzeniem własnych oczekiwań z rzeczywistością. Miażdżę wszystko, co dobre.
Spalcie mnie na stosie.
Najnowsze komentarze