Posted by: proday on: 15/02/2007
Dzień przed Walentynkami byłam przekonana, że to będzie totalna klapa.
Że Filip nie wpadnie na nic spektakularnego, ba – nawet nie pomyśli o tym, aby wpaść. To, co mi zaproponował jednak, nie znalazłoby potwierdzenia w najcięższym koszmarze dotyczącym związku – wiecie, np. takim, który to się potrafi przyśnić jakiejś skrajnie samotnej i niedopieszczonej. Filip zaproponował wyjazd do KFC, bo nie zdążył zarezerwować miejsc w kinie oraz w jakiejś restauracji.
Byłam lekko oszołomiona – posprzeczaliśmy się, nawdwerężyłam jego męskość, wystrzeliłam kilka kąśliwych komunikatów, później odstawiłam lekki teatr ze łzą w oku tak wieczorem, jak i rano – w same Walentynki.
Było jednak całkiem ok. Ostatecznie wylądowaliśmy w IKEI – kazał mi zamówić 20 sztuk tych takich kotlecików, bo bał się, że się swoim łososiem nie naje. Później udaliśmy się na spacer po sklepie – kupiłam kartony (od kiedy Filip jest u mnie, mam mało miejsca na dodatki), poszewki na poduszki (on uważa, że to zakup bez sensu). Chciałam też obejrzeć miseczki, ale ten Mój Romantyk się rozchorował (nie sądzę, aby to była wina działu kuchennego – bardziej efekt włożonej pięści w jamę ustną), więc zrezygnowałam z tej atrakcji.
Pokazałam mu kilka maskotek, które mi się spodobały – ale w tym względzie chyba nigdy się nie dogadamy. Nie potrafię odpowiadać na pytanie – Kupić Ci to?
Zresztą odpowiedź byłaby chyba wulgarna, a to tak nie bardzo na Walentynki.
Po wszystkim wróciliśmy do domu. Urządziliśmy zawody, kto szybciej złoży karton. Obejrzeliśmy film Good Luck and Good Fight (myślałam, że Filip zdąży na ten dzień załatwić mi ten Holiday, o który proszę od miesiąca).
Tak czy siak wstałam dzisiaj, choć z bólem głowy, to zadowolona.
Może faktycznie, “all you need is…”
pozory & zludzenia, mysli odbite w szkle, oczekiwanie…
c’est la vie, czyt. be hard & be brave
hmm – myślę, że faktycznie – faktycznie, “all you need is…”; popieram to nabytym doświadczeniem, także 14.02 – też zrobiłam teatr ze łzą ( a raczej całym morzem łez…) o poranku walentynkowego dnia; przyczyna – stare zadry, zbliżające się dni i hmm… pogoda?; sama wiesz…; nie wiem czy przez to ale cały dzień panowała zgodność, zakończona pachnacym pieknie podarunkiem
oraz nieocenioną pomocą (bez miny smerfa marudy) w przyrządzaniu krewetek – jako, że uzgodniliśmy wyśmienitą kolację na własną rekę wg przepisu mego znajomego doskonałego kucharza
i wiesz co? może ten teatr tak działa? tylko ja nie umiem tak na zamówienie i perfidnie… :/ a co do odpowiedzi na pytanie: kupić Ci to? – istny koszmar, ja unikam na tyle tego pytania, że zawsze odmawiałam propozycjom pójścia i wybrania sobie prezentu…
15/02/2007 @ 5:05 pm
z tymi walentynkami to tak zawsze jest, kobiety marzą, wymyślają coś cudwnego, wyjątkowego dowodu miłości. Niestety mężczyźni kompletnie tego nie rozumieją, dla nich fakt bycia z nami jest wystarczającym dowodem, że jesteśmy dla nich ważne, a powielanie standardów jest banalne! Bardzo często z tego powodu wynikają kłótnie i pieprzą całe walentynki dlatego lepiej w inny dzień obchodzić święto zakochanych a najlepiej to cały rok, no prawie…
P.S-ciesz się kochana że walentynki spędziłaś w Ikei przy niepowtarzalnych 20tu kurczaczkach zamiast cisnąć się w zatłoczonych kinie pseudozakochanych ludzi z czerwonymi różami