Posted by: proday on: 01/03/2008
Nie wiem, czy zdarzyło się Wam pójść na imprezę, będąc namawianym mało kreatywną zachętą: Chodź! Będzie faaaaajnie!
Ja popełniłam ten błąd. Poszłam. Znajomi koleżanki, urządzili w jej restauracji imprezę firmową.
Poszłyśmy. Okazało się, że partnerem koleżanki koleżanki jest mój kolega z podstawówki. Nie lubię takich spotkań. Co prawda dają możliwość porównania, kto się bardziej postarzał, kto więcej osiągnął i kto jest bardziej szczęśliwy. Ale recenzowanie ostatnich dziesięciu lat własnego życia przy wódce, w takt muzyki: trzęśmy tyłkami, jest upadlające. No bo jak niby przedstawić swe przenajwyższe osiągnięcia w takich warunkach? Jak zarysować spektakularne sukcesy? Jak zachować czujność, gdyby to druga strona pytała na przykład z podtekstem? Przecież całość kompletnie wypada z kontekstu!
Spotkanie po latach miało się jednak okazać zaledwie delikatnym wprowadzeniem do koszmarnego wieczoru, kiedy to nieważne, czego by człowiek nie zrobil, jest winny, ukarany i odpowiedzialny za wszystko i wszystkich.
Zanim się obejrzałam wesoła trójka – kolega ze szkolnej ławki, jego białogłowa oraz przydupas, którego zabrali ze sobą z pewnością z litości – tarzała się już po podłodze restauracji. Koleżanka przypieczętowała sprawę informacją, że prawie wyczyścili jej bar z gorzkiej żołądkowej. Ta gorzka żołądkowa również była przerażająca i wskazywała na sposób zabawy, jaką nowo napotkani lubili najbardziej.
Koleżanka poprosiła o pomoc. – ProDay, wezwij im taksówkę, a ja postaram się ich z chłopakami wyprowadzić. „Chłopacy’, o których była mowa, również nie należeli do najtrzeźwiejszych, ale synergia siły mięśni pozbawiła mnie kompetencji do angażowania się w owe przedsięwzięcie.
Wyszłam za nimi. Taksówkę wezwałam na własne nazwisko. Przyjechała, – Dzień dobry, mam tu trójkę znajomych, którzy mieli powody, aby świętować. Proszę ich odwieźć na adres… Spojrzałam pytająco na koleżankę. Koleżanka niewiele myśląc. – Mariusz, na jaki adres was podrzucić?
Siedzący pod ścianą restauracji Mariusz, niewiele myśląc, zdradził całemu światu, gdzie należy go zawieźć. – A niech jedzie do ch…!
Przyznam szczerze, że dawno nie byłam uczestnikiem tak patologicznej sytuacji. Co więcej, bez żadnej przyczyny, nieświadoma zasad własnego członkostwa w nowej organizacji, a tym bardziej sposobu przyznania mi z tego tytułu złotej karty.
- Wie Pani, co? Ja ich nie zabiorę. Oni mi całą taksówkę zapaskudzą. Poza tym są agresywni – zaznaczył taksówkarz.
A ja! Jak niby ja miałam zareagować? Że niby nie rozumiem? Nie zastanawiając się długo wyjęłam tułów z okna, po czym odprowadziłam taxi wzrokiem niczym matka posyłająca dziecko na pierwszą kolonię.
Podeszłam do ściany śmierci. Pytam ostro. – Mariusz – gdzie Wy mieszkacie? Chcę Wam pomóc. Nie możecie siedzieć tu pod ścianą. Pobiją was, okradną, albo zabiorą na izbę wytrzeźwień.
Nie mam pojęcia, czy wypowiadając te ostatnie słowa, przywołałam w jego odurzonym mózgu jakieś szczególne wspomnienia z dzieciństwa. Tak, czy siak Mariusz wstał nagle i zaczął biec przed siebie. Biegł i biegł. Po czym padł twarzą na chodnik.
Nie wytrzymałam! Czułam się jak w grze komputerowej.
Mówię: Nie, ja rezygnuję! Mam to gdzieś! Niech sobie leżą, bluzgają, robią, co chcą! Ja sobie rąk nimi brudzić, Koleżanko, nie będę!
Koleżanka spojrzała błagalnym wzrokiem. – ProDay, to moja restauracja. Zamknięta impreza. Ja nie mogę ich tutaj zostawić. Ja za to odpowiem.
Na wieść o odpowiedzialności, pojawił się radiowóz. – Dobry wieczór. Pomóc paniom? – spytał jakby szarmancko mundurowy, otwierając tamę wodospadu Kłamiara.
- Nie, nie dziękujemy. Koledzy trochę przesadzili, ale czekamy właśnie na taksówkę. Coś dzisiaj problem z tymi taksówkami.
- Państwu by się chyba przydała podróż z nami – odparł policjant bynajmniej nie wskazując na Koleżankę, czy na mnie.
Prawie odetchnęłam z ulgą, ale wydech w połowie zatrzymała Moja Wspaniała Partnerka.
– Nie, nie, oni mieli firmową imprezę. Zaraz jadą do domu. Rodziny czekają. Proszę Pana, proszę im tego nie robić. My wszystko załatwimy.
Policjant wyciągnął papiery do podpisu, na których, jak się po chwili dowiedziałam, miał spocząć MÓJ autograf. Odjechali. Zatrzymując się przy znajdujących się około pięćdziesięciu metrów od nas, przy zwłokach Mariusza.
Koleżanka: ProDay, idź tam! Załatw to. Powiedz, że on jest z nami.
Nie wytrzymałam. Najprawdopodobniej na tle nerwowym dostałam histerycznego ataku śmiechu. Wyglądałam przy tym jak ‘przedmiotowy’ Mariusz kilka minut wcześniej. Zawiodłam co prawda Partnerkę, ograniczając tym samym własny współudział. Poradziła sobie jednak beze mnie, wyrywając go ze szponów prawa i rzucając z powrotem pod ścianę.
Wezwaliśmy kolejną taksówkę. Zanim przyjechała, Mariusz wstał ponownie. Podniósł własną kobietę, po czym teatralnym szeptem zakomunikował jej: Idziemy!
Uciekli. Przysięgam. Po prostu pobiegli przed siebie, jakby centrum miasta nie miało murów, ulic, kodeksu ruchu drogowego…
A my tym samym zostałyśmy z jednostkowym przypadkiem. Przyjechała taksówka, której jednostkowy przypadek dosiadł po uprzednim poinformowaniu mnie, że jest uparty i lubi się droczyć, wreszcie podwójnym pytaniu, co będzie, jeśli nie wsiądzie.
- Gdzie Pan ma cię zawieźć? – spytałam. – Do dzielnicy wschodniej – wybełkotał. Zanim zdążyłam zatrzasnąć drzwi, ostatni z ostatnich zadał taksówkarzowi trudne pytanie: Za ile?
- A wyjdzie około pięćdziesiąt złotych – odparł uczciwie kierowca, co nie przypadło do gustu naszemu bohaterowi.
– A ja to bym Ci nawet dał siedemdziesiąt! Ale, że Ty, ch…, taki pazerny, to s….laj!
Konsekwencją filozoficznej dyskusji była oczywiście wysiadka.
- ProDay, nie ma innego wyjścia. Trzeba go zawieźć do domu. Ja piłam – umyła ręce Moja Partnerka.
– Dobrze, ale kto ma go…? Ja? – zrozumiałam wreszcie. Przecież ja nie mam z nim nic wspólnego.
– Ale podpisałaś papiery policyjne! – przyznała wrednie zadowolona.
Po dłuższej rozmowie wpakowałyśmy go do mojego auta. Przez całą podróż do dzielnicy wschodniej, spał. Gdy dojechaliśmy na miejsce, obudziłam go, aby spytać o dokładny adres. Nie odpowiedział mi. Za to pomylił mnie z jakąś Ewą, rzucając się do całowania. Tego moje stalowe nerwy nie wytrzymały.
Wyszłam z auta. Zadzwoniłam na policję. Oddałam w ręce przyzwyczajonych. Pomachałam na pożegnanie. Wróciłam do domu.
Koleżanka dzisiaj dzwoniła dziękować z pytaniem, jakim cudem udało mi się go odwieźć do domu. Opowiedziałam szczegółowo o własnej kapitulacji, która wywołała zdziwienie.
Tłumaczyłam, że oddałam go policji, bo wydał mi się niebezpieczny… Że ją przepraszam, ale naprawdę nie miałam wyjścia. Że próbowałam… – Ale ProDay – przerwała mi. On się obudził u siebie w domu. Dziękuję. Jesteś najlepsza – przeprosiła.
heheheehhe nmie wykrzesałam bym z siebie tyle dobrej woli ;P
01/03/2008 @ 2:56 pm
Fajni facet. Wyrwał się mamusi na weekend?
Pogratulowałbym ci wytrwałości, ale nie wiem, czy powinienem.
Ale prawdziwa Samarytanka z Ciebie, ProDay, to fakt…
Jakoś nie mam sympatii do zachlanych idiotów, którzy nie wiedzą kiedy im starczy.
Swoją drogą, on i tak nie doceni Twoich nerwów, wysiłku i poświęcenia.
Będzie Ci tylko pamiętał tą policję.