Posted by: proday on: 28/01/2009
Po pięciogodzinnej podróży przy muzyce Stachurskiego, czuję się jak upośledzona. Pracownicy cieszyli się, że wracają do domu, jeden – uderzając dłońmi o kokpit, drugi – wciskając pedał gazu do dechy. Ja myślałam tylko o Sumie. O kimś nowym, nie do końca poznanym, niepewnym. Ważnym.
Pomyślałam, że Oni mają coś trwałego. Z pewnością nie do końca tak kolorowego, jakby się z boku wydawać mogło, ale jednak zaprzysiężonego, normalnego, ułożonego w normalnym trybie i normalnym timingu.
Pomyślałam, że mnie to nigdy nie spotka. Że nie może przytrafić mi się rzecz normalna. Zawsze będę półsierotą, zawsze będzie moja macocha, moja macocha zawsze będzie niewykształcona, zawsze będzie miała pazerne córki, grające pierwsze skrzypce w rodzinie. Zawsze to One będą miały mamę, której mi zabrakło.
Moje związki zawsze będą toksyczne, albo przeze mnie niedoceniane. Gdy dzieje się Sum, jak szukam powodów do złego. Pomyślałam, że zawsze będę kochanką, kimś drugim, słabszym, brzydszym, gorszym, kimś po kimś. Przypomniałam sobie Jej zdjęcia. Pomyślałam, że wyglądam dziwnie, niepewnie, że to, co mam jest kompletnie niewidoczne. Że nie umiem siebie pokazać, a może nawet – być sobą i lubić to. Że może lepiej mieć małżeństwo i je rozwalić, aniżeli nie mieć go w ogóle. Że Ona jest lepsza. A ja…
A ja cicha. Słaba. Widziana tylko własnymi oczami.
Wypomniałam sobie różne wpadki. Popłakałam się jakby pod wpływem tej strasznie głupiej muzyki, płynącej z samochodowego odtwarzacza sidi.
Kupiłam na stacji wódkę. Miał być samotny wieczór. Oddzwoniłam do Suma. Zaprosił mnie pierwszy raz do siebie. Głaskał po głowie, zaprzeczał. Oczami układał mnie zupełnie tak, jak robi to matka wobec własnego dziecka. Czułam się zmieszana. Mogłam czuć się bezbronna.
Psychoterapeuta zrugałby mnie za porównanie Suma do matki. Więc teraz sama siebie rugam. Chcę żeby się wreszcie ułożyło. Chcę się obudzić i nie mieć w perspektywie remontu własnego życia. Chcę się budzić przy Sumie, i jestem zła na siebie, że tego chcę.
Matko, jaka jestem głupia i popaprana. Jaka jestem emocjonalnie upośledzona. Boli mnie, że mi dobrze. Boli, że sobie wmawiam, że na to nie zasłużyłam. Śmieję się z tego, bo jeszcze rok temu myślałam, że Kacper to moja jedyna szansa. A okazał się losem symulacją, a nie losem, który wygrywa.
Nie umiem się odważyć. Bo pewnie znowu coś spieprzę. Drżę nad zderzeniem własnych oczekiwań z rzeczywistością. Miażdżę wszystko, co dobre.
Spalcie mnie na stosie.
Zjadłbym praline
28/01/2009 @ 9:49 pm
Nie zawsze będzie to ten czas, który już w nas zgasł…