Posted by: proday on: 08/02/2009
Może taki los tego bloga, że może przyjąć wszystko. Że sobie o nim przypominam, gdy dzieje się źle. Powinnam się cieszyć, bo biorąc pod uwagę częstotliwość moich wpisów, całkiem u mnie dobrze. Dzisiejszy dzień jednak, nie należał do najlepszych. Nie należał do najlepszych w taki stopniu, że nie potrafię go nawet opisać. Ale gdy dzieją się rzeczy niedobre, tracę wiarę we wszystko. Zaprzeczam wszystkiemu. Deprecjonuję generalnie. Wracam do tego, co było. Bezpieczeństwa. Bo skoro to, co przeżyłam mnie nie zabiło, możliwe, że wcale nie było takie złe. Czuję się biedna. Skopana. Sama. Niekochana. Biedna, biedna, biedna. Filip mi powiedział, żebym się brała w garść. Że przeszła już moda na depresję. A ja chcę się zamknąć w sobie, nie iść do pracy, zapomnieć o mojej rodzinie, nie myśleć. Ssać kciuka, jak kiedyś i się po prostu wyłączyć. Nie słuchać o obcych kłopotach. Nie mieć świadomości, że w niektórych sypialniach moje łóżko zastępują dmuchane materace. Że chodzi się prać do sąsiada. Że się zaczyna z zupełnie innego miejsca, aniżeli zaczynam ja.
Ale w gruncie rzeczy – co z tego?
Miałam dzisiaj myśli samobójcze. Czuję się z nimi jak idiotka. Nie chcę umierać, ale czasami mam tak bardzo wszystkiego dość. Nie akceptuję samej siebie, jak zatem mogłabym spodziewać się tego po otoczeniu? Znowu świruję. Jak upośledzona. Mam ponad 2 lata psychoterapii za sobą, a czasami czuję, jakbym nie wykonała żadnego wysiłku na rzecz własnej stabilizacji emocjonalnej. Może chodzi o to, że te sprawy, które dokuczają mi najbardziej, wymagają większego nakładu czasu. Chyba nigdy nie otworzę się na to, co koło mnie. Nie zaufam. He, nie umiem zaufać samej sobie. Niszczę ludzi, odpycham. Kurwa mać, nienawidzę tego. Nienawidzę stanu, w jakim się teraz znajduję. Nienawidzę mojej przeszłości. Już nienawidzę przyszłości. Modlę się do Boga. Ostatnio coraz częściej. Ale nawet nie wiem, o co Go prosić. W tym całym rozgardiaszu, potrafię tylko dziękować.
Dziękuję za to, że jestem zdrowa, ładna, że mam na chleb. Dziękuję za szanse i nadzieje. Za dobre chwile, za szczęście. Za Filipa, Kacpra, Suma. Za moją babcię – za to, że został ktoś, kto kocha mnie bezgranicznie. Za to, że mama żyła na tyle długo, abym zapamiętała jej śmiech.
Wierzcie bądź nie, ale pamiętam najlepiej to, jak się śmieje. I jak woła do mnie: Myszko. Dzisiaj mija 15 rocznica śmierci. Nie wiem, czy ona by się połapała w tym naszym barłogu rodzinnym. Staram się wierzyć, że na to wszystko patrzy z dystansem, że widzi w nas to, co dobre. Że trzyma kciuki, a nawet steruje. Że kocha nas wszystkich nawet mocniej, niż kocha moja babcia.
Kobieta potrafi kochać zdecydowanie mocniej odczuwalnie dla otoczenia. Miłość z niej przemawia, wypływa. Miłość to prawie jak jej wewnętrzne ja, albo jak cecha charakteru. Mężczyźni chyba tego nie mają. Mają pomocną dłoń i może pamięć czasami. Dobre myśli. A ja mam myśli złe.
Może dziecko to jest mój ratunek. A może śmierć. A może sukces zawodowy. A może mały sukces prywatny. Czekam na swojego księcia z bajki – zadowolenie z samej siebie i akceptacje, która nie sprowadza się do nowego lakieru na paznokciach.
Kocham to, czego już dawno nie ma. Zupełnie jakbym całe swoje życie zatrzymała 15 lat temu. Na pomoc.
09/02/2009 @ 9:18 am
idziemy na piwo?