Posted by: proday on: 26/01/2009
Zapaliłam dzisiaj światła we wszystkich pokojach.
Tak to się zwykle zaczyna, ale teraz jest bardzo niezwykle. Nigdy nie czułam się tak pewnie dojrzale. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak dobrze. I choć moja metamorfoza polega na razie na wyrzucaniu zaspanej odzieży z szafy i wgniataniu jej z powrotem w półki – to jednak już coś.
Przestraszyłam się trochę tych świateł. Pogasiłam na siłę, oszukując się, że niby bajzel, jaki pozostawiłam w pokojach nie istnieje. W każdym po kilka par butów i kompletów odzieży. Cała ja. Pół godziny zajęło mi zastanawianie się, jak zestawić całości, aby wyglądało jak z Vogue’a. Nie chciało mi się jednak brnąć w to praktycznie. Ale może już niedługo zacznę się stroić.
Jestem szczęśliwa. Podobno to może trwać wiecznie, ale podniecam się każdą chwilą z całych sił swoich w obawie, że jutro może być już inaczej. Nie zmienię przeszłości, ale przyszłość to zupełnie co innego. Przecież musi się gdzieś zaczynać, prawda?
Posted by: proday on: 16/01/2009
Czy mogłabym zaprosić Cię na kolację? – nigdy nie wypowiedziałam tych słów. – Będę zapraszać Go do skutku – nigdy tak nie pomyślałam. Zawsze „moje” brało górę. Jestem aboslutnie nieprzygotowana. Słaba. Nijaka. Beżowa. „Miłość Ci wszystko wybaczy” – powtarzam sobie, ale to chyba kiepskie wytłumaczenie.
Zastanawiam się, czy miłość jest gwałtownym strzałem, czy też procesem, który się kształtuje. Nie chcę pisać, że to przypadek indywidualny. Nie chcę. Bo to by było z kolei usprawiedliwieniem dla wszystkich tych, którzy tkwią w średniej jakości związkach.
Miłość jest nieudana. To chyba nasza największa kara za grzech, jaki się stał w raju. Mamy się męczyć. Mamy cierpieć, a mimo to szukać jej dalej. Straszne.
Niektórzy, ci bardziej ostrożni, wolą określać miłość „etapami związku”.
W kontekście etapów można miłość różnorako zdefiniować. W zależności od dojrzałości. To najbardziej prymitywne sprowadza owe etapy do – przepraszam – pierdnięcia. Etap 1 – zmowa milczenia. Etap 2 – to nie ja, to w rurach. Etap 3 – nic nie pachnie piękniej aniżeli Twoje gazy. Etap 4 – wielkie rozpierdnięcie, czyli ekspresja wszystkiego, co tłumione i nieudane w dotychczasowym obiekcie zauroczenia. No i wiadomo, co po tym następuje. Wielki smród.
Z mojego punktu widzenia – Etap 1 – wiem, ze puszczasz bąki, martwię się o to, że musisz je powstrzymywać, abyś nie dostał wzdęć, albo co. Etap 2 – o fuck, zaczyna się. Etap 3 – nie chcę tego robić. Zresztą – to chyba nic nie znaczy. Etap 4 – nie ma etapu 4.
Oceniam. Męczę się. Nie wiem. Mówię i wierzę, czuję. Ale to tylko „teraz”. To nie dzieje się na jutro. Nigdy nie wiem, co będzie pózniej. Czy marnuję czas?
Jeżeli miałabym się kierować doświadczeniem, powinnam stwierdzić, że to nie jest marnowanie czasu. Że miłość zawsze dzieje się teraz. Dla przykładu – powrócę do Kacpra. Osiem lat. Nie żałuję, choć wiem, że trochę czasu zmarnowałam. Przeczytałam w dzisiejszej gazecie cytat jednej z gwiazd – lepiej mieć złamane serce, aniżeli nigdy nie dowiedzieć się, co to prawdziwa miłość.
Miłość jest dziwna. Kompletnie jej nie kontroluję. Zupełnie jakby to był jakiś stan skupienia zależny od pogody. Idę na ślepo. To zdrowe. Trzeba ufać. Wierzyć, że się stanie. Ale…
Byłam dzisiaj u mojej koleżanki. Urodziła pięć miesięcy temu córeczkę. Córeczka jest cudowna, kochana. On jest czuły, wyrozumiały, kochający. Był przy porodzie i trzymał ją za rękę. Nie podniecam się romantyzmem sytuacyjnym, ale zastanawiam się, kto mnie i czy w ogóle wydarzy się, abym mogła z pełnym przekonaniem złapać kogokolwiek za rękę w takiej chwili.
Nie wiem, czy szukam kochania. Szukam przyszłości. Boję się jej panicznie. Choć dotychczas wszystko się układało. Zawsze narzekałam. Ale co, jeśli to, co się wydarzyło to maksimum tego, co mógł podarować mi los? Czyżbym mogła tego nie zauważyć? Teraz. Skupić się trzeba na tym, co teraz. Nie na jutrzejszej kolacji, czy też projekcie na jutro.
Siedzę sama w domu. W dodatku z wyboru. Tak chcę. Bo padam na pysk. Oczy mi się zamykają. Nie mam siły. Wszystko dzieje się w mojej głowie. Wszystko już jutro zapomnę. Straszne.
Posted by: proday on: 08/01/2009
Rozmawiałam wczoraj z Sumem o prostych tekstach. Dostałam płytę „Koniec kryzysu” zespołu Pustki. Dzisiaj znowu posłuchałam „Parzydełka” i „nie chcę teraz wiosny, nie chcę teraz wiosny”. Znajomi powtarzają, że muszę przezimować. Uspokoić się. A ja nie chcę. Gdy czujesz, że chcesz zrobić wszystko, nie dopuszczasz mrozu, chłodu, zastoju. Bez względu na konsekwencje. Uruchamiam zepsuty modem. Odpalam samochód z zamarzniętą chłodnicą. Palę, nie paląc. Oczyszczam zapalone zatoki w przeciągu jednodniowej gorączki. Wikłam się w spotkania z przyszłością i bez przyszłości. Boli mnie to, czego nie chcę. Nie rusza to, czego chcę. Nie boję się. Krzyczę. Tracę nerwy. Słodzę przez trudny charakter. Dobieram sukienki z zamkniętymi oczami. Wiem.
Zima to tylko wiosna w celofanie. Składam go w ptaszki i kwiatki.
Najnowsze komentarze